Mini Zielona Szkoła w Dworku w Zieleninie okazała się kolejną udaną wyprawą. Są tacy, którzy twierdzą, że było fajniej niż w Warszawie, bo nie było tyle zwiedzania. Szeroki i szelmowski uśmiech naszej wychowawczyni właśnie w tym miejscu się pojawia (powiedziała, że zwiedzania i tak nam nie odpuści…). Po przybyciu na miejsce – jeszcze przed wejściem do naszych pokoi odkryliśmy, że w obejściu znajdują się trzy maleńkie, przesłodkie, cudowne, ukochane, słodziutkie, zabawne, przytulające się cały czas szczeniaczki rasy jack russell terrier. Od tego momentu wiedzieliśmy, że cokolwiek nam każą tu robić, to te pieski osłodzą pobyt. A Jaś natychmiast zadzwonił do Mamy, by zapytać czy może sobie kupić pieska. Zgodziła się, ale Jasiowi zabrakło kieszonkowego. Dworek – jak na dworek przystało – okazał się wytworny, obowiązują zasady i maniery należy mieć… ale możemy biegać po całym terenie i krzyczeć, bo w tym lesie i tak nas nikt nie usłyszy. Cudowne. Gdy obejrzeliśmy swoje pokoje, …….

poszliśmy na spacer po lesie, potem pani Beata czytała nam jak pani Dorota Sumińska znajduje odpowiedniki zwierząt wśród ludzi. Były to opowieści zabawne i przejmujące, a potem spadł na nas grom – gdy tak leżeliśmy na trawie rozleniwieni i wsłuchani w całą Polskę czytającą dzieciom, nagle tę sielankę przerwała nasza wychowawczyni mówiąc, że teraz nasza kolej na napisanie opowiadania. Kazała nam obserwować przyrodę! Po pierwszym szoku poszliśmy obserwować przyrodę – z trampoliny, z huśtawki, ze schodków na basen, do którego nie pozwolono nam wejść (że niby zimno). Utworzyła się też grupa obserwacji przyrody poprzez głaskanie szczeniaczków. Po obiedzie mieliśmy zajęcia w stajni. Tam nauczyliśmy się nieco o zachowaniach koni, rasach, zastosowaniu, czesaliśmy i czyściliśmy Troję – Filip ją bardzo pokochał, gdy z zapałem ją czesał, potem po przejażdżce na niej postanowił zapisać się „na konie”. Wszyscy chętni mieli okazję na bardzo bliski kontakt z tymi pięknymi zwierzętami. Wieczorem miłe ognisko z opowieściami prawie strasznymi, ale się z tego wycofaliśmy; aż wreszcie wcale nie tak bardzo pogryzieni przez komary zakończyliśmy pierwszy dzień na łonie natury. Rano po śniadaniu i obowiązkowym wypieszczeniu Zyzia, Hyzia i Dyzia – tak nazwaliśmy te szczeniaczki – wyprawa na rzekę Wierzycę. (UWAGA – miejscowość i wzniesienie piszemy „Ż”, a nazwa rzeki ma „RZ”) Pełni emocji upakowaliśmy się w kajaki i popłynęliśmy… oj to wcale nie jest takie łatwe, jakby mogło się wydawać. Rzeka wąska może, ale to sprzyjało utknięciom w brzegu – zwłaszcza na zakrętach, wiosła, które chlapały na nas, mokre siedzenia… a nasza pani jeszcze wzdychała: czy wy widzicie tę piękne żółte kwiaty? To są irysy. O matko, patrzcie jaki cudny żuraw leci. Oooo, a to bocian szuka nornic… Ciekawe czy ona kiedyś przestaje być nauczycielem?

Po spływie był pyszny obiad – ale ta pani z dworku pysznie gotuje! – pojechaliśmy, a jakże! do Muzeum Hymnu Narodowego. To nawet było całkiem ciekawe. Jednak już tęskniliśmy do obserwacji przyrody. A tu trzeba nakarmić konie, stajnię sprzątnąć. I wsłuchać się w odgłosy tej stajni, gdy konie chrupią, a jaskółki je podglądają…

Trzeciego dnia spacer po lesie, nad rzekę, a tam pisanie opowiadania, nad którym mieliśmy myśleć przez dwa dni. Potem gra przyrodnicza – państwa i miasta w wersji pani Beaty. Jeszcze jeden pyszny obiad – a jak się Igor rozpływał nad wspaniałym gulaszem drobiowym. Pożegnanie z Zyziem, Dyziem i Hyziem, z panią Anią i panem Michałem, którzy nas tak wspaniale ugościli – i powrót do domu.

Szkoda, że następna wyprawa w głuszę w tym zestawie osobowym dopiero za rok.